Firma Ethnosfera

Anna Maria Bielecka (artystka, fotograf, malarka, projektantka): Podczas fotografowania jestem prawdziwym łowcą

Niezwykła kobieta tysiąca talentów, która w każdej dziedzinie artystycznej, jakiej się nie podejmie święci ogromne triumfy. O tym, jak to jest być artystką niezależną, skąd znaleźć czas na wszystkie pasje i jak odnaleźć i zrealizować własne wrażliwości artystyczne opowie nasz dzisiejszy gość Anna Maria Bielecka.

Sławomir Król: Pozwolisz, że zacytuję krótki rys z Twojej biografii: Projektantka, malarka i fotograf. Pracuje i mieszka w Warszawie. Od wielu lat zajmuje się zawodowo projektowaniem graficznym logotypów, stron www., identyfikacji wizualnej firm, a także fotografią reklamową, portretową, jak i reportażową itd.

To takie suche informacje, które można przypisać wielu osobom. Moim zdaniem do Ciebie to trochę nie pasuje, dlatego że te suche fakty encyklopedyczne nie mówią nic o niezwykłej drodze, którą pokonałaś w swoich działaniach artystycznych.

Anna Maria Bielecka: Pokonuje ciągle, niezmiennie.

S.K: Pamiętam ten początek z lat 90. kiedy się poznaliśmy. Poznałem Cię wówczas od strony muzycznej. Jak ja realizowałem swoje wydawnictwo Folk Time, to Ty nagle się objawiłaś, jako osoba, która kocha muzykę celtycką, ale oprócz tego chce tę muzykę tańczyć.

A.M.B: Ja miałam tę piękną okazję być w grupie, która rozpowszechniła taniec irlandzki, dzięki Gosi Godnej, która przywiozła ten taniec do Polski.

S.K: Gosia Godna, która pracowała w Folk Time, była niezastąpioną, cudowną szefową biura. Do tej pory żałuję, że straciłem ją wtedy jako swoją pracownicę.

A.M.B: To znaczy, że myśmy Ci ją odebrali? Uwierz mi Sławku, nie żałuję, naprawdę!

S.K: Trochę tak. Gosia Godna jak gdyby przyniosła taniec irlandzki, ale zaraz po niej byłaś Ty. Razem z Gosią współtworzyłaś grupę?

A.M.B: Myślę, że Gosia nas poprowadziła, bo ją o to ładnie prosiliśmy, ale współtworzyliśmy tę grupę wszyscy. Sądzę, że każde z nas, wniosło w tę grupę wiele energii i wszyscy znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie i po prostu nie mogło się zdarzyć nic innego. To był bardzo dobry początek i z tego, co wiem, to teraz się rozwija.

S.K: Ale po dwóch latach założyłaś własną grupę?

A.M.B: Tak, wyjechałam do Gdańska, co było związane z moimi planami zawodowymi i w ciągu dość krótkiego czasu wyłoniła się nowa grupa. Tutaj na zdjęciu jesteśmy z samymi dziewczętami, ale na początku byli również panowie.

Było nas strasznie dużo i mieliśmy wielką radość z tańca.

Dopiero później grupa to została sformalizowana, jak już przyjęliśmy nazwę i zaczęło to działać. Wprawdzie ja już nie tańczę bardzo długo, ale z tego, co wiem, to dziewczęta tańczą do tej pory. Może nie te z pierwszego składu, ale tańczą dzieci moich dzieci, moich dzieci. Wiem, że odnoszą sukcesy i strasznie się z tego cieszę.

S.K: Byłaś prekursorką tańca irlandzkiego w Polsce, co wtedy było wręcz kosmiczne. Nikt nie wiedział, co to muzyka irlandzka, a co dopiero taniec. Pamiętam, że na wszystkich większych koncertach muzyki celtyckiej bywałaś ze swoim zespołem, obok takich zespołów jak Open Folk czy Shannon. Byłaś gwiazdą pierwszej wielkości.

A.M.B: Nie, nie przesadzajmy. Myślę, że jak wychodziliśmy na scenę, nikt nie gwiazdorzył. Świetnie się bawiliśmy i o to chodziło.

S.K: Jednak w międzyczasie realizowałaś swoje talenty malarskie, bo malowałaś cały czas?

A.M.B: Nie, cały czas się nie dało. Ja pracuję jako projektant. Wtedy byłam też pracownikiem korporacji, więc siłą rzeczy odpowiednią ilość czasu musiałam poświęcić na projektowanie, a później mogłam realizować pasje. Taniec pochłonął cały mój wolny czas i już nie dało się malować. Wróciłam do tego wtedy, gdy przestałam tańczyć.

S.K: W międzyczasie wykonałaś projekt do okładki Prorok Lucjana. Ale potem bardzo szybko przyszła Twoja nowa pasja życiowa. Moim zdaniem bardzo wyraźna i jakby określająca Ciebie do dzisiaj, to znaczy fotografia.

A.M.B: Tak, to jest pasja, która stała się moim zawodem. Jest to zdanie, które czasem pojawia się w opisach ludzi robiących bardzo różne rzeczy, ale to jest prawda. Uważam, że miałam wielkie szczęście zamienić pasję na zawód.

S.K: To pojawiło się niespodziewanie, czy celowo wybrałaś fotografię jako środek wyrazu artystycznego?

A.M.B: Chyba nie za bardzo miałam wyjście, bo to tak rodzinnie u mnie poszło. Odkąd pamiętam, męczyłam wszystkich robieniem zdjęć. Potem miałam krótką przerwę.

Jak już wróciłam do fotografii, to z impetem wgryzła mi się w duszę. Nie mogłam się powstrzymać i do tej pory tak jest.

Jak ktoś fotografuje, ten wie, że patrzy się na świat kadrami.

S.K: Wyspecjalizowałaś się w fotografii portretowej, co robisz, moim zdaniem świetnie, ponieważ udaje Ci się jakby wejść w dusze modeli, których fotografujesz.

Obiekty Twoich fotografii znajdowałaś głównie na imprezach odtwórstwa historycznego?

A.M.B: Tak, zaczęło się od Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie, na który jeżdżę co roku i będzie tak, przypuszczam do końca świata.

Później były Dymarki Świętokrzyskie, które też wgryzły mi się w duszę, bo nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez Dymarek i bez fotografowania na nich. Jest także kilka innych miejsc, o które zahaczałam, mam nadzieję z dobrym skutkiem.

S.K: Twoje fotografie są znakomite. Ja obserwowałem Cię przy pracy i dla mnie to było fascynujące, patrzeć jak pracujesz.

Czasami rzucałaś się na aparat i mówiłaś: widzę widzę widzę! A czasami krążyłaś kilka minut, szukając tego momentu, po czym robiłaś tę jedną fotę. Nie pstrykałaś jak karabin maszynowy, tylko pracowałaś bardzo zmysłowo i mądrze.

A.M.B: To prawda, ja poluję. Ja jestem łowcą. Jeśli chodzi o zdjęcia portretowe, czy reportażowe to i tak jestem łowcą. Strasznie mi się to podoba.

Muszę przyznać, że mam to, co chyba każdy fotografujący, czyli motyle w brzuchu i takie emocje, jak te gdy człowiek się zakocha, kiedy wiem, że za chwilę będzie coś można zobaczyć, bo gdzieś coś się wyłania i można to złapać. To, co dla mnie jest bardzo cenne, to współpraca z modelem.

S.K: Pokochałaś fotografię dzieci?

A.M.B: Bo dzieciaki są nieziemskie! To wdzięczny temat do fotografowania, bo tu nie ma pozowania, a jeżeli już jest to takie bardzo naturalne i bardzo fajne. To jest czysty obraz, coś, co można przekazać bez żadnych dodatków.

S.K: Tak powstała przepiękna kolekcja fotografii dziecięcych, która moim zdaniem jest na absolutnie profesjonalnym i pięknym poziomie i aż się prosi, żeby zrobić z tym wystawy.

A.M.B: Już jedna wystawa była w 2015 roku w Warszawie, właśnie fotografii portretowej gdzie, królowały portrety dzieci, chociaż też pojawiło się kilka bardzo pięknych dorosłych twarzy.

Natomiast to jest rzeczywiście coś, co chciałabym przekazywać dalej i nie mieć w tym przerwy, ponieważ co roku bywam na imprezach. W tej chwili jest tak, że już jeżdżą dzieci uczestników, te dzieci rosną i z każdym rokiem się zmieniają, a ja lubię to dokumentować.

Właśnie to jak te dzieci rosną wraz z tą całą historią związaną z pasją rodziców albo dziadków.

S.K: Swoje fotografie wykorzystujesz też do projektów graficznych, które robisz. Ale obok tego zajęłaś się też fotografowaniem imprez cosplayowych?

A.M.B: Och, tak to przepiękny temat. W momencie, kiedy wchodzi się na imprezę, gdzie dzieją się takie cudowne rzeczy, a jest to w ogóle związane z literaturą rzeczywistości równoległej, to właściwie nigdy nie wiesz, co zastaniesz za rogiem. Jest to poemat. Jest to przepiękne.

S.K: Te Twoje fotografie są naprawdę przepiękne i niesamowite, co zresztą wyraża wiele osób. Wiem, że już robiłaś wystawy.

A.M.B: Tak, to co widzimy to wystawa, która aktualnie jeździ po Polsce. Niezmiennie możemy oglądać moją wystawę związaną z Gwiezdnymi Wojnami w Paradox Cafe w Warszawie no i tak naprawdę to się ciągle rozwija.

Nie zamykam tego, że jest już tyle prac na  wystawie i więcej nie będzie. Jeżeli trafię na jakąś imprezę i zobaczę coś, co mnie zwali z nóg, a to z całą pewnością się zadzieje, to  powstaną kolejne portrety.

S.K: Ale jako kobieta niezmiernie utalentowana poza fotografią zajęłaś się także tworzeniem ilustracji do książek?

A.M.B: Tak, teraz widzimy pierwszą pozycję, jaką zilustrowałam, czyli Kamień Nerthus Andrzeja Przychodnego. Rzecz jest bardzo ciekawa, bo ma przepiękny kryminalno-historyczny wątek.

Dzieje się w czasach rzymskich, ale nadal na terenach naszych ziem i ma ciąg dalszy. Tom pierwszy już wyszedł, natomiast w przygotowaniu jest już tom drugi. Wszyscy nie mogą się doczekać, ja oczywiście nie mogę nic powiedzieć, choć jako ilustrator już czytałam.

S.K: Robisz też ilustracje do książek dla dzieci w związku z czym powstały te Twoje przepiękne trole.

A.M.B: Jestem współmamą tego pomysłu, ponieważ trole powstały bardzo spontanicznie. Moja zaprzyjaźniona autorka Magdalena Zawadzka-Sołtysek, autorka Sagi Jesionu postanowiła wprowadzić swoich młodych czytelników w klimat Islandii, ponieważ kolejny projekt, który szykujemy, będzie się dział w Islandii. Więc postanowiła napisać wierszyki dla dzieci.

Ja zaproponowałam obrazki i nagle okazało się, że ilustracje do tych wierszyków stworzyły rzecz wyjątkowo ładną. Książeczka niedługo ukaże się drukiem, także jest to projekt, którym zajmujemy się w tej chwili, ale będzie jeszcze jeden, ale na razie nic mi nie wolno powiedzieć.

S.K: Tych talentów u Ciebie bez liku i cały czas kipią. Nie zaprzestajesz, wręcz mam wrażenie, że tego jest coraz więcej.

Powiedz mi, jak dajesz sobie radę jako artystka niezależna?

A.M.B: Umiem sobie zorganizować dzień. Pomogły mi w tym prace i te wszystkie rzeczy, które musiałam w międzyczasie zrobić. Musiałam być bardzo dobrze zorganizowana, żeby mi się to w ogóle udało i żebym dała radę.

S.K: Jesteś osobą szczęśliwą i zadowoloną z życia, tak?

A.M.B: Tak, tak inaczej nie mogłabym przekazać pięknych obrazów.

S.K: Masz też przepięknego psa, który się nazywa wilczarz?

A.M.B: Tak, to jest wilczarz irlandzki.

S.K: Są to psy bardzo fascynujące. Myślę, że to w ogóle jest oddzielna opowieść o Twoim pięknym psie.

A.M.B: Ja w ogóle bardzo polecam te zwierzątka, bo są wyjątkowe.

Jak pierwszy raz przeczytałam na temat wilczarzy irlandzkich, pomyślałam, że to niemożliwe, aby taki pies w ogóle mógł istnieć i to ludzie, którzy są w nich zakochani, piszą takie rzeczy.

Ja w tej chwili jestem w stanie się pod tym wszystkim podpisać. Moje wilczarze są małe, bo to dziewczyny, ale mają przepiękne charaktery. Wszystkie wilczarze, jakie znałam, również te z hodowli Sagittarius, z której pochodzi jeden  moich psów są wspaniałe.

S.K: Moglibyśmy rozmawiać o tym godzinami, mam nadzieję, że będziemy mieli okazję spotkać się jeszcze i porozmawiać. Dziękuję za rozmowę.

Gościem Sławomira Króla była Anna Maria Bielecka.

Komentarze Facebook
Click to comment

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ostatnio

Pierwsza na świecie telewizja nadająca regularny program na Facebooku i YouTube, produkująca profesjonalne treści filmowe we współpracy z polskimi przedsiębiorcami, artystami, dziennikarzami, muzykami.

Copyright © 2016 - 2017 by: Compas Multimedia Tomasz Słodki

Do góry
Udostępnień
ś