fotografia

37 dni w więzieniach Syrii – historia dziennikarza Witolda Repetowicza

Witold Repetowicz, polski dziennikarz i korespondent ponad miesiąc był przetrzymywany w Syrii przez służby podległe rządowi prezydenta Baszara al-Asada. Dzięki staraniom polskiego MSZ został uwolniony i powrócił do kraju. O tym jak wyglądało 37 dni więzienia w kraju owładniętym wojną opowiedział Tomaszowi Słodkiemu w nowym cyklu Pogadajmy.

Tomasz Słodki: Cieszę się, że będziemy mogli porozmawiać o temacie, który dla mnie jest bardzo trudny. Kiedy dowiedziałem się o tym, że zostałeś zatrzymany przez siły al – Asada w Damaszku, w Syrii sparaliżowało mnie. Kiedy wszedłem na Facebooka i zobaczyłem, że już kilka dni Ciebie nie ma, to nie mogłem w to uwierzyć. Co się tak naprawdę stało?

W.R: Pojechaliśmy do północnej Syrii wraz z ekipą TVP Info w ramach realizacji projektu, który miał na celu pokazanie kryzysu humanitarnego. Po wyzwoleniu miasta uchodźcy z Turcji wracali tam i oczekiwali pomocy na miejscu, ale ta pomoc nie nadchodziła. Rozmawiałem z szefem odbudowy Kobane, który powiedział, że nie dostali ani jednego euro na pomoc w odbudowie. Niektórzy w Polsce, nie mając pojęcia jak to wygląda wciąż twierdzili, że na miejscu pomagać nie można bo wszędzie spadają bomby.

T.S: No właśnie, dlatego pojechaliście m.in. tam aby pokazać jak to wygląda i doszło do tej sytuacji, której pewnie się spodziewałeś jednak, domyślam się, nie wierzyłeś za bardzo, że może Cię spotkać.

Pamiętasz co ja Ci mówiłem kiedy wyjeżdżałeś w zapalne części świata? Mówiłem: Witek, po co Ci to? Pojedziesz i coś się stanie? Jednak później, gdy robiłem wywiad z Wojciechem Jagielskim, kiedy odbierał nagrodę za pokazywanie jak ludzie cierpią w różnych rejonach świata, jak dotyka ich wojna, to zrozumiałem, że takie osoby jak Ty pokazują nam w bezpiecznym miejscu co tak naprawdę dzieje się na świecie i jak ludzie są traktowani.

W.R: Są dwie szkoły podejścia do relacjonowania takich wydarzeń, Jedna z nich mówi, że z Warszawy czasem lepiej widać niż na miejscu – ja się z tym absolutnie nie zgadzam, a druga mówi o tym, że trzeba podejmować ryzyko i jechać tam gdzie toczy się wojna i pokazywać co ci ludzie mówią na miejscu, czego potrzebują – oddać im głos.

T.S: I co się właściwie stało? Byliście 50m od granicy państwowej?

W.R: Przekroczyliśmy nieformalne przejście graniczne między Irakiem a Syrią, które znajduje się na terenie kurdyjskim. Nie jest to formalne przejście, ale nie jest to też szlak przemytniczy. Północna Syria jest opanowana przez Syryjskie Siły Demokratyczne, które odznaczyły się najbardziej zaciekłą walką z Państwem Islamskim i współpracują z USA.

W północnym Iraku natomiast jest konstytucyjny region Kurdystanu. Myśmy przekroczyli tę granicę, bo była to jedyna możliwość dostania się w te tereny. Rząd nie umożliwia dziennikarzom dotarcia tam. Uważam to za część swojej misji dziennikarskiej. Jeżeli nie ma legalnej możliwości dostania się na jakieś terytorium, to robię to w taki sposób, jaki można.

T.S: Jak to wyglądało?

W.R: W Kamiszli jest enklawa rządowa ze względu m.in. na lotnisko. Kiedy robiliśmy przebitki podbiegł do nas syryjski żołnierz i zabrał operatorowi paszport. W ten sposób wciągnął nas niejako do tej strefy rządowej. Wiedziałem, że wtedy to już koniec.

T.S: Zostaliście skuci w kajdanki?

W.R: Początkowo nie. Muchabarat za bardzo nie wiedział jak z nami postępować, więc zwrócił się po instrukcje do Damaszku. W tych instrukcjach było m.in. to aby nas nie bić i szybko przetransportować do stolicy. Rzeczywiście trzeciego dnia trafiliśmy do celi w Damaszku, gdzie odbyło się przesłuchanie i posiedzenie sądu po arabsku.

Poinformowano nas wtedy, że zostaniemy w więzieniu, a za dwa dni odbędzie się nowy sąd. My jednak wtedy zostaliśmy już przewiezieni do więzienia Adra na północ od Damaszku. Tam spędziliśmy 13 dni.

T.S: Jakbyśmy mieli porównywać je do polskiego więzienia to u nas, w dużej placówce znajduje się 1500 osób, a tam było 15 000. Cele były przepełnione, w nich 24 prycze, a w Twojej celi 53 osoby. Jak to było, Wy ustaliliście między sobą kto może leżeć na pryczy?

W.R: Nie, to było ustalone z góry. Spaliśmy na ziemi. Dla nas było miejsce między pryczami, wielkości około 2 m2  – nie było to zbyt przyjemne.

T.S: Konflikty między więźniami się zdarzają?

W.R: Tak, ale raczej umiarkowane. Nie widziałem takich większych konfliktów. Nie odczuliśmy też żadnych sytuacji konfliktowych w stosunku do nas.

T.S: Spędziliście tam 13 dni, później trafiliście do więzienia, które było pod ziemią. Była tam niewielka dziura dzięki, której mogliście zorientować się czy jest dzień czy noc. Tam spędziłeś 19 dni.

W.R: W zasadzie wróciliśmy do tej celi, z której przewieziono nas do sądu. tylko, że o ile wtedy, kiedy byliśmy tam po raz pierwszy sprawa była jasna, ponieważ przesłuchiwano nas i wiedzieliśmy, że trafimy do sądu, to za drugim razem nic nie wiedzieliśmy. Byliśmy odcięci od kontaktów ze światem zewnętrznym.

T.S: Dla mnie, człowieka, który codziennie pracuje na trzecim piętrze kamienicy w Warszawie, jest to nie do pomyślenia. Jak wygląda podziemne więzienie?

W.R: Jest budynek Muchabaratu i w jego piwnicach są cele. Od czasu, do czasu wyprowadza się z nich więźniów z zawiązanymi rękoma i zasłoniętymi oczami, taką specjalną opaską, w której naprawdę nic nie widać. Myśmy też mieli takie na oczach za pierwszym razem, kiedy prowadzili nas na przesłuchanie. Natomiast gdy wróciliśmy do tego więzienia, to poinformowano nas, że jesteśmy teraz gośćmi.

T.S: A kiedy nie byliście gośćmi tylko więźniami – analizowałeś swoją sytuację? Zastanawiałeś się co zrobiłeś źle?

W.R: W takich sytuacjach można wiele rzeczy analizować po fakcie. Byłem bliski zdemolowania tej celi w Kamiszli. Tam rzeczywiście ponosiło mnie i w pewnym momencie dla rozładowania atmosfery, urządziliśmy sobie taki mini-mecz, polegający na kopaniu plastikowych butelek po wodzie. Trochę to wkurzyło strażników, ale mieli nakaz żeby nas nie bić, więc musieli wytrzymać ten hałas. Natomiast po przewiezieniu do Damaszku trochę się uspokoiłem.

T.S: 37 dni w tych syryjskich więzieniach. W którymś momencie musiałeś zastanawiać się, że coś tu nie gra, że już powinniście być uwolnieni.

W.R: Byliśmy już po procesie i po ostatecznym prawomocnym wydaniu przez sąd nakazu zwolnienia.

T.S: To dlaczego siedzieliście tam dalej?

W.R: Dziś mogę się jedynie domyślać dlaczego siedzieliśmy te 18 dni. W tym czasie, jednak nie wiedzieliśmy tego. Po 3 dniach zorientowaliśmy się, że to nie jest standardowa procedura deportacji. Zresztą nie zostaliśmy typowo deportowani, ale nie chciałbym tutaj wnikać w jaki sposób opuściliśmy Syrię, ponieważ nie chcę zdradzać szczegółów działań MSZ.

Chciałbym podkreślić, że bardzo pozytywnie oceniam działania polskiego ambasadora w Syrii. Ostateczna decyzja w naszej sprawie została podjęta osobiście przez Baszara al-Asada, prezydenta Syrii. Wcześniej niektóre siły próbowały doprowadzić do dłuższego zatrzymania nas, pod jakimiś absurdalnymi zarzutami.

T.S: A jak radziliście sobie w komunikacji między sobą, bo to jednak 37 dni w więzieniu: rozmawialiście? Mieliście momenty załamania?  

W.R: Kontakt z innymi więźniami zadziałał na mnie bardzo pozytywnie. Przewiezienie mnie do Adry było wielkim błędem władz syryjskich, ponieważ ciężko jakiemukolwiek dziennikarzowi dostać się do więzienia syryjskiego, a ja po prostu przystąpiłem tam do pracy i do rozmów z więźniami.

T.S: Opowiadasz o tym na luzie, ale nie wierze, że tak w więzieniu było cały czas.

W.R: W więzieniu Adra naprawdę kontakty z więźniami były czymś ekscytującym.

T.S: Podszedłeś do tego, jak do misji dziennikarskiej.

W.R. Tam owszem, natomiast po przewiezieniu z powrotem do Muchabaratu już nie. To ponowne przebywanie tam, w odcięciu od informacji i zrozumienia po co tu jesteśmy było zupełnie czymś innym.

T.S: O czym się wtedy myśli?

W.R: Zacząłem się przyglądać temu co, jest napisane na ścianach i zobaczyłem, że biją z tych napisów pozytywne myśli. Skłoniło mnie to do skierowania myślenia na bardziej pozytywne tory. Myślałem o różnych rzeczach. Liczyłem stany USA, stare polskie województwa, tak aby zająć umysł czymkolwiek, aby ten czas płynął.

Dzień czy noc, to nie miało to znaczenia. Ciężko było zasnąć w nocy, ponieważ świeciły takie mocne reflektory, bo w celi musiało być jasno. Trzeba było o czymś myśleć.

T.S: Wrócisz tam jeszcze?

W.R: Oczywiście, że wrócę. Wierzę, że to jest kwestia misji. Ja i tak nie zapłaciłem wysokiej ceny w porównaniu do niektórych dziennikarzy, którzy zginęli na swoim posterunku. Żeby mówić o Syryjczykach i Syrii, trzeba tam być. Ci którzy krytykują mnie, że podjęliśmy niepotrzebne ryzyko, że złamaliśmy procedury, nie wiedzą na czym polega dziennikarstwo. A polega na tym, żeby szukać prawdy u źródła. Będziemy nadal jej szukać i pokazywać ludziom.

T.S: 230 dolarów grzywny.

W.R: Tak, to jest kolejna kwestia rozbudzająca wyobraźnie hejterów na stronach internetowych. Otóż, zostaliśmy skazani na grzywnę, która łącznie wyniosła 230 dolarów, a nie jak sobie niektórzy wyobrażają, że ta kwota to dziesiątki tysięcy dolarów zapłaconych przez MSZ. Ponadto 30 dolarów zostało zwrócone MSZ-owi już w Bejrucie po naszym zwolnieniu, więc taka jest prawda. Ja się tym hejtem nie przejmuję, bo spotkałem się z niesamowitą solidarnością ze strony osób, pracujących w tle różnych mediów.

T.S: Wszyscy trzymaliśmy kciuki, żeby to się dobrze skończyło. Cieszę się, że możemy dziś tu w studiu porozmawiać. A z czym Ci się kojarzy ene ene ene?

W.R: To jest bardzo ładna arabska piosenka, którą puszczali strażnicy w Muchabaracie, a której ja po powrocie też słuchałem. Ludzie w Internecie pomogli mi ją znaleźć i ustalić kto jest autorem. Jest to piosenka miłosna.

T.S: Może dlatego Cię to trzymało na duchu. Miłość jest najważniejsza, tak naprawdę na świecie.

W.R: To akurat nie trzymało mnie na duchu, tam na miejscu, bo to puszczali strażnicy więzienni. Żartowaliśmy sobie czasem, że oni próbują w nas wyrobić syndrom sztokholmski, a my nie mieliśmy na to ochoty. Raczej nie mieliśmy ciepłych uczuć do nich.

T.S: Na zakończenie widzimy jeszcze zdjęcia.

W.R: Pochodzą z 2015 r. z Syrii. Widzimy samochód-pułapkę Państwa Islamskiego, żołnierzy, bezpiekę kurdyjską. Zdemolowany dom w Kobanie – tu są ludzie, którzy wrócili do swoich zrujnowanych domów, mając nadzieję, że pomoc nadejdzie, a w tym samym czasie w polskich mediach mówiono, że tam nie warto pomagać bo tam na domy spadają bomby.

Myślę, że widoczne tu dzieci miały inne zdanie na ten temat. Widzimy też szpital, w którym całe szczęście, byli lekarze więc miał kto leczyć tę sporą ilość pacjentów. Z całą pewnością, nie wszyscy z nich wyjechaliby do Europy. Kurdyjskie dzieci, które wróciły do swojego zrujnowanego miasta mieszkają w namiotach, chodzą do szkoły i mają elementarze w swoim ojczystym języku.

Nikt im wówczas nie pomagał, całe szczęście ta pomoc teraz troszeczkę zaczęła napływać z Europy, ale szkoda, że od samego początku kwestionowano wartość pomocy na miejscu.

T.S: Bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę.

Z Witoldem Repetowiczem rozmawiał Tomasz Słodki.

 

Komentarze Facebook
Click to comment

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ostatnio

Pierwsza na świecie telewizja nadająca regularny program na Facebooku i YouTube, produkująca profesjonalne treści filmowe we współpracy z polskimi przedsiębiorcami, artystami, dziennikarzami, muzykami.

Copyright © 2016 - 2017 by: Compas Multimedia Tomasz Słodki

Do góry
Udostępnień
ś